wtorek, 13 maja 2014

Cienie zalegają nad Hogwartem (9)


Wydałam z siebie przeszywający krzyk i spadłam z łóżka. Morgana od razu obudziła się i mnie przytuliła. Byłam przerażona. 
- To tylko sen, tylko sen. Co się stało? - spytała.
- Śniło mi się, że... - nagle wstrząsnął mną dreszcz. - nie. Po prostu to było straszne. Nie chcę o tym mówić.
- Na pewno?
- Tak, idź spać. To tylko koszmar.
Nie chciałam mówić, co mi się przyśniło. Widziałam przerażone i wykrzywione z bólu twarze braci, widziałam cierpienie, o ile można je widzieć. Widziałam Albusa leżącego w kałuży krwi i Jamesa wydającego ostatnie tchnienie. Jeszcze ten głos. Ochrypły, straszliwy głos... "Za trzy miesiące to się stanie, porzuccie nadzieję, którzy ją jeszcze macie. Czas na leczenie ran minął. Świat po raz drugi ogarnie mrok, a zło połączy swe siły i odrodzi się na nowo, silniejsze niż przedtem. Za trzy miesiace to się stanie..." Sny były tak realistyczne... Na dodatek bałam się, że się spełnią.
***
Nazajutrz było widać, że nie mogłam zasnąć. Teraz jednak w ogóle nie myślałam o koszmarze, bo był to dzień meczu ze Slytherinem. Napięcie między domami osiągnęło punkt kulminacyjny. Na korytarzach co chwila wybuchały pojedynki na zaklęcia, nie mówiąc już o wyzwiskach. Na całe moje szczęście, nikt nie wiedział, że to ja gram, przynajmniej według Ala. Wszyscy Ślizgoni - prócz Matthewa - myśleli, że to Lathiss będzie grał. 
- Będziesz naszą tajną bronią - powiedział do mnie brat.
- Co ze mnie za tajna broń, skoro nie jestem lepsza od Lathissa - mruknęłam, ale chłopak tego nie dosłyszał.
Mecz miał rozpocząć się już za chwilę. Siedzieliśmy razem w szatni, wysłuchując rad poddenerwowanego kapitana.
- Pogoda dzisiaj jest idealna, niebo jest zachmurzone, więc nie będziecie rzucać cieni. Mam tylko nadzieję, że się nie rozpada... w każdym razie: ścigający, nie rozdzielajcie się zbytnio, James - jesteś sam sobie panem, pałkarze... stop! Zapomniałem, miałem przecież nikogo nie instruować, bo ostatnio było beznadziejnie. Więc...
Tak naprawdę prawie nikt nie słuchał monologu Oscara. Siedziałam bokiem do okna i z początku udawałam, że wszystkiego uważnie słucham, ale potem stwierdziłam, że i tak zignoruje wszelkie polecenia. Przynajmniej nie słuchając tego, co powinnam robić, nie będę miała wyrzutów sumienia po (celowo) nieświadomym zignorowaniu próśb. 
Patrzyłam, jak tłumy radosnych i podekscytowanych uczniów przecinają błonia i kierują się w kierunku trybun. Zaczęłam odczuwać stres, ale z drugiej strony cieszyłam się, że mam okazję zagrać. W końcu nie tak łatwo trafić do drużyny, nawet na pozycję rezerwowej. 
Nie wiadomo jak, ale piętnaście minut, które odliczałam do wyjścia na boisko, zniknęły szybciej niż woda uciekająca między palcami. Nagle znalazłam się tuż przy drzwiach prowadzących na zewnątrz, w dłoni trzymając swojego Nimbusa Dwa Tysiące Dwadzieścia Trzy. Normalnie pierwszoroczniakom nie wolno mieć w szkole miotły, ale za pozwoleniem profesor McGonagall rodzice wysłali mi ją na mecz. Niestety, jutro musiałam z powrotem odesłać Nimbusa.
- Powodzenia - rzucił drżącym głosem Lathiss, równocześnie otwierając drzwi.
Nagle usłyszałam głośne rozmowy uczniów z niecierpliwością wyczekujących adrenaliny. Tak, quidditch był taki, że same go oglądanie przyprawiało o dreszcze. 
Zaczęłam niekontrolowanie się trząść. Gdybym otworzyła buzię, z pewnością wszyscy usłyszeliby dzwonienie moich zębów. Chcąc się uspokoić, wzięłam głęboki oddech. Od razu wszystko wyparowało, zarówno stres, jak i to, co mam zrobić. Czułam się, jakbym straciła pamięć. Próbowałam powoli powtarzać w myślach: "złap kafla... podaj do Albusa... podaj do Emanuela... ucieknij przed tłuczkiem... strzelaj... złap kafla... podaj do..." 
- A oto i tegoroczna drużyna Gryffindoru! Potter jako dzisiejszy kapitan, Potter, Potter, Ritz, Weasley, Weasley i Bower! W tym meczu zagra trójka nowych zawodników, wszyscy są ciekawi, czy się sprawdzą... Za to w drugim końcu boiska widać już ich przeciwników, drużynę Ślizgonów! Dziś zagrają Wraight, Malfoy... - zabrzmiał donośny głos komentatora. Ujrzała żółto-czarny szalik i odetchnęłam w duchu, że na szczęście to Puchon. 
- Dobra, idziemy skopać im tyłki - rzucił wyluzowany James. Byłam zdumiona, w jaki sposób panował nad nerwami. A może się wcale nie denerwuje, pomyślałam. Chłopak podszedł do pana Hicka, sędziego meczu, obok którego stał kapitan drużyny Slytherinu. Na polecenie nauczyciela uścisnął Ślizgonowi dłoń, zdecydowanie mocniej, niż by wystarczyło.
Na gwizdek cała nasza drużyna jednocześnie wsiadła na miotły i wzbiła się w powietrze. Poczułam, że cały mój strach został na murawie. Od razu wiedziałam, co i jak mam robić. 
- Ścigający Gryffindoru mają piłkę, podają ją między sobą, a kafel zgrabnie wymija Ślizgonów, i... aj! Tuż przed strzałem Albus Potter umykając tłuczkowi upuszcza kafla, który wpada prosto w ręce Wraighta!
Leciałam po brzegu boiska, nie wtrącając się w grę. Chciałam dać chwilkę chłopakom, żeby mogli się  popisać. Po nieudanym strzale uznałam, że czas na popisy się skończył i rozpędziłam się najbardziej, jak potrafiłam. To, że byłam drobnej budowy dawało mi niemałą przewagę nad innymi, bo przez to mogłam lecieć dwa razy szybciej. Z zamiarem wytrącenia z równowagi Wraighta, dwukrotnie go okrążyłam swoim rekordowym tempem. Chłopak nie wyhamował, bo troska o zdrowie innych nie leżała w naturze Ślizgonów, ale nie zauważył Ritza, przelatującego tuż obok niego i wyrywającego mu z dłoni piłki. Zaśmiałam się cicho, bo mój plan się udał. Ruszyłam szybko za chłopakami, którzy odstawiali swój "balet" - lecieli to korkociągiem, to zygzakiem, to pionowym slalomem w kierunku pętli, co rusz podając sobie piłkę. Przez niepowtarzalność ich manewru nikt nie znalazł sposobu, by ich zablokować. Gigantyczny Wraight machnął do dwójki pozostałych ścigających i wraz z nimi zaatakował Albusa. Ten, w ostatniej chwili wypuścił kafla. Ślizgoni popełnili błąd, bo wszyscy skupili się w jednym miejscu. Żaden nie zdążył złapać piłki, za to złapałam go ja. Od razu poleciałam po skosie w kierunku pętli i już miałam strzelać, ale zauważyłam Ritza po przeciwnej stronie pola bramkowego. Wyciągnęłam rękę i zamachnęłam się, jakbym miała strzelić do prawej pętli, ale zamiast tego podałam do chłopaka. Malfoy, zmylony, ruszył w prawo, a Emanuel wykorzystał okazję.
- Pierwsze dziesięć punktów dla Gryffindoru! - krzyknął Puchon przy magicznym mikrofonie, a wraz z nim ponad pół szkoły wydało okrzyk radości. 
- Lily! - usłyszałam. Zaalarmowana, odwróciłam się do tyłu i w ostatniej chwili uchyliłam się przed pędzącym tłuczkiem. Straciłam równowagę i ledwo trzymając się jedną ręką miotły, zawisłam głową w dół. Słyszałam, jak część uczniów wciąga z jękiem powietrze, ale ja wcale nie czułam strachu - czułam się wręcz swobodnie. Podleciałam w dół i zrobiłam pół okręgu w pionie, by z powrotem znaleźć się w normalnej pozycji. Udało się, ale znowu zaatakował mnie tłuczek. Zauważyłam go w ostatniej chwili i ledwo zdążyłam go uniknąć. Prawie się udało. Ale prawie robi wielką różnicę.
Już miałam odlecieć, ale poczułam silne uderzenie w łydkę. Tłuczek jednak mnie dogonił i ze stłumionym przez szatę plaśnięciem trzasnął mnie w nogę. Poczułam piekący ból, ale wstrzymałam syknięcie, które cisnęło mi się na usta. To był dopiero początek, i dobrze to wiedziałam. 
Stwierdziłam, że dwa ataki wściekłych piłek pod rząd to nie przypadek i z ciekawością odwróciłam się do tyłu. Miałam rację - jeden z olbrzymich pałkarzy Ślizgonów leciał za mną trop w trop. Tak naprawdę przeczuwałam wcześniej, że nie popuszczą mi za numer z wirem. 
Skoro i tak mnie gonią, to czemu by nie wkurzyć ich jeszcze bardziej?
Z chytrym planem kształtującym się w mojej głowie przyspieszyłam. Obserwowałam mecz z czujnością, aby w razie co włączyć się do gry. Widziałam, że jedyne, w czym mogę pomóc teraz chłopakom, to odwrócić uwagę Ślizgonów. Ich też gonił jeden z pałkarzy, ale Dominique i Fred nie pozostali mu dłużni. Za chwilę szukający oberwał prosto w głowę czarną piłką.
Gra robiła się naprawdę brutalna. Starałam się zapomnieć o bólu, ale przytępił on moje zmysły. Nie reagowałam tak szybko, jak powinnam. Udało mi się strzelić jednego gola, ale wolałam grać z tyłu i tylko podawać. Teraz wyczułam, że to idealna okazja, żeby spłatać Slytherinowi małego figla. Miałam małe szanse, ale to była jedyna nadzieja na zyskanie jakiejkolwiek przewagi. Co jak co, ale mecz był bardzo wyrównany. Prowadziliśmy tylko dziesięcioma punktami, a Jamesa nie było widać, tak jak i drugiej szukającej. 
Widząc, że mój "prześladowca" zmniejszył dystans między mną a nim samym, po raz drugi maksymalnie przyspieszyłam. On też zwiększył szybkość, ale pozostawał daleko w tyle. Wiedziałam, że nie zadziała, jeśli go porządnie nie sprowokuje. Ostro zakręciłam i poleciałam w jego kierunku.
- Gruby! Miotła jeszcze ci nie pękła?
Zaczepka była zdecydowanie szczeniacka, ale nie stać mnie było w tej chwili na nic lepszego. Pulsujący ból i strach przed wkurzonym osiłkiem ściskały mi mózg, a chciałam się skupić na ucieczce.
Byle jaki tekst zadziałał na chłopaka jak czerwona płachta na byka, co mnie jednocześnie ucieszyło, ale i przeraziło. Z pędem zaczęłam krążyć wokół boiska, korzystając ze zwodów i co chwila skręcając - czekałam na odpowiedni moment.
- Poradzę sobie sama! - krzyknęłam do Albusa, który chyba miał zamiar dołączyć się do dzikiej gonitwy. 
Nagle zauważyłam wiszącego w powietrzu bez ruchu jednego z graczy Ślizgonów. Wyczułam świetną okazję i ostro poderwałam miotłę do góry, kierując się prosto na, jak przypadkowo zauważyłam, drugiego pałkarza. W ostatniej chwili zwolniłam, by "osiłek" mnie dogonił i kiedy już wycelował we mnie pałką, zwisłam po raz trzeci głową w dół i odleciałam w takiej pozie jak najdalej od tego mejsca, żeby uchronić się od ataku wściekłych uczniów Slytherina. Jeden z pałkarzy, chcąc nieprzepisowo użyć przemocy, "przypadkiem" zdzielił pałką swojego kolegę w głowę. Ten, poirytowany, oddał drugiemu, ale po chwili przeprosili się i zmówili. Wiedziałam, że teraz jestem w niebezpieczeństwie. Modliłam się, żeby  James jak najszybciej złapał znicza. 
- Sto do osiemdziesięciu dla Gryfonów! - zaryczał Puchon przy magicznym mikrofonie.
Włączyłam się do gry. Zauważyłam, że powoli ból nogi przejmuje nade mną kontrolę. To nie był już tyle ból, co otępienie. Obiecałam jednak sobie, że wytrzymam. 
Teraz było już po mnie. Widziałam, że dwójka oszalałych Ślizgonów leci za mną trop w trop. Mogłam tylko grać i udawać, że wszystko w porządku. Kiedy zbliżali się do mnie, przyspieszałam - starałam się utrzymać między nami dystans. Nie było to aż takie łatwe, jakby się zdawało. 
To, że pałkarze przeciwnej drużyny byli zajęci gonieniem mnie, miało też swoje dobre strony. Na przykład, Dominique i Fred mieli pole do popisu, jeśli chodzi o tłuczki. Co chwila czarna, pokryta skórą piłka trafiała w któregoś gracza Slytherinu. 
W pewnej chwili ból doskwierał mi tak bardzo, że o mało nie spadłam z miotły.
- Oto nadlatuje szukający Gryfonów! Czyżby...? - zabrzmiał głos komentatora. Od razu odszukałam wzrokiem Jamesa. Z trybun rozległ się okrzyk zwycięstwa - nie tylko ja dostrzegłam znicza, trzymanego przez chłopaka. Zdziwiło mnie tylko jedno - mina mojego brata. Zdawał się być przerażony.
- Stop! - krzyknął i zwrócił się do McGonagall siedzącej na trybunach. - Pani dyrektor, niech pani spojrzy!
James wskazywał w górę. Niezauważyłam, że niebo już jakiś czas temu pociemniało. Wyglądało, że zbiera się na burzę, ale w powietrzu czuło się coś innego. Coś jakby... strach.
Niespodziewanie usłyszałam krzyk. To Ślizgonka, druga szukająca spadła z miotły. Publiczność ze świstem wciągnęła powietrze. James podleciał i pochwycił dziewczynę niemal w ostatniej chwili. 
- Jest nieprzytomna! - zawołał. Wylądował na boisku, a nastolatką natychmiast zaopiekowała się pani Pomfrey.
- Koniec meczu! Wszyscy uczniowie do szkoły! - powiedziała dyrektorka przez magiczny mikrofon.
Między tłum wkradła się panika. Większość nerwowo przepychała się, żeby jak najszybciej znaleźć się pod dachem. Wylądowałam na ziemi i podbiegłam do Albusa i stojącego obok przestraszonego Jamesa. Nigdy jeszcze go takiego nie widziałam. Rzuciłam miotłę na ziemię i go przytuliłam. 
Na boisku znaleźli się wszyscy nauczyciele oglądający mecz, z profesor McGonagall na czele.
- Profesorze Longbottom, proszę wraz z innymi opiekunami odprowadzić uczniów. Filiusie, zostań tutaj. A teraz Potter, proszę powiedz mi, co na Merlina się stało?
- Pani dyrektor... tam były cienie, mnóstwo cieni... i one nas goniły, i ja uciekłem... a ta druga, ona tam została.. jak ja mogłem ją tam zostawić... - ukrył twarz w dłoniach. 
- Nic się nie stało, chłopcze, to nie twoja wina. Ale powiedz mi, co to było?
- Ja nie wiem, pani profesor. To było straszne... oni nas gonili...
- A czy oni ciągle tam są? - do rozmowy włączył się profesor Flitwick.
- Nie wiem, chyba tak, proszę pana.
Nauczyciel spojrzał na dyrektorkę.
- Szybciej! Uczniowie muszą natychmiast opuścić błonia! Profesorze Hick, proszę przyprowadzić profesora Hagrida! Panno Machigan, proszę zawołać profesora Dicktima.
Bibliotekarka pognała w kierunku szkoły. Zauważyłam, jak sędzia Hick wali z całej siły w drzwi chatki stojącej nieopodal Zakazanego Lasu. W tym chaosie chyba nikt prócz mnie nie spostrzegł, że całe niebo jeszcze bardziej pociemniało. Zdawało mi się, że coś ponad mgłą się porusza, zdawało mi się, że widzę cienie. Tymczasem przybiegł do nas Hagrid i zaczął wypytywać Jamesa, co się stało.
- Czy wiesz, Rubeusie, co to mogło być? - spytała McGonagall, kiedy skończył.
- Nie mam zielonego pojęcia, pani psor. Nigdy żem nie widział czegoś takiego.
- To mi się coraz bardziej nie podoba - mruknął Flitwick. 
Usłyszałam straszny dźwięk, przypominający krzyk. Zatkałam uszy, nie mogąc wytrzymać.
- Idziemy stąd - zawołała dyrektorka. Jej głos był przytłumiony, słyszałam wszystko, jakbym znalazła się pod wodą. Nauczyciel zaklęć wyczarował tarczę, która nas wszystkich okryła, niczym peleryna-niewidka. Teraz słyszałam już tylko ten mrożący krew w żyłach wrzask. Z bólu upadłam na kolana i zacisnęłam powieki. Albus przykląkł obok mnie i potrząsnął moimi ramionami. Ja tylko kręciłam głową i próbowałam zatrzymać docierające do mojej świadomości obrazy. Po chwili sama zaczęłam krzyczeć. Rzeczywistość stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Zrezygnowana, czując, że za chwilę odpłynę, spojrzałam tępo przed siebie. Jedyne, co spostrzegłam, to był cień dłoni. Czyjaś potworna dłoń próbowała mnie dosięgnąć, ale coś ją powstrzymywało. To chyba byłam ja. Starałam się całą siłą woli odepchnąć od siebie widmo, ale byłam strasznie wyczerpana. Nie mając już siły, opadłam.
A potem była już tylko ciemność.
***
- Lily? Lily?! Słyszysz mnie, Lilyanne?! Musimy stąd iść! Lily! Lily! - nagle usłyszałam znajomy głos. Usłużnie otworzyłam oczy i wstałam, ale to było zupełnie mechaniczne. Nie czułam już bólu, nie czułam niczego. Nie myślałam, tylko robiłam. 
Brat pozwolił mi, abym oparła się całym ciężarem ciała o niego. Szłam, szurając nogami i nie przywiązując uwagi do niczego. Nic się teraz nie liczyło, prócz otępienia, które ogarnęło wszystkie moje zmysły. Nie wiedząc jak, znalazłam się w szkole. Siedziałam na czymś miękkim, a przede mną klęczał jakiś mężczyzna z różdżką, też mi znajomy. Samo pomieszczenie również skądś znałam, tylko nie wiedziałam skąd.
-Lily? - spytał. Miałam ochotę odpowiedzieć "co?", ale nie mogłam znaleźć swoich ust. Byłam więźniem we własnym ciele, nie mogąc nic zrobić bez pozwolenia ani o niczym pomyśleć. 
 Mężczyzna znowu coś powiedział, a ja nie miałam pojęcia co. W każdym razie błysnęło światło i zapadłam w sen.
***
Obudziłam się pełna energii i wypoczęta. Chciałam odruchowo zejść z łóżka, ale gdy tylko podniosłam głowę, opadła mi z powrotem na poduszkę. 
Z pokojem też było coś nie tak. Zamiast w czerwono-złotym dormitorium, znajdowałam się w białym pomieszczeniu z równo ustawionymi łóżkami i grubymi zasłonkami. Poznałam to miejsce - to było skrzydło szpitalne. 
Spróbowałam sobie przypomnieć, co się stało. No tak, graliśmy ze Ślizgonami... ale co dalej? 
W tej chwili do sali wpadła pani Pomfrey. Lubiłam ją, zwłaszcza za jej dobroduszność. 
- Dziecko, obudziłaś się! Wreszcie. Proszę, weź to - powiedziała rozhisteryzowana staruszka i wlała mi do buzi dymiący płyn. Był ohydny.
- Co się stało? - spytałam, kiedy udało mi się przełknąć gorzkie lekarstwo.
- Nic nie pamiętasz? Oj, niedobrze. Stało się coś okropnego, graliście w quidditcha - wykrzywiła się nieznacznie - a ta dziewczyna zleciała z miotły i zemdlała. Zdaje się, że twój brat ją złapał, tak, kochanie?
- Tak, proszę pani.
- No więc zajęłam się tą małą, miała identyczne objawy, co ty, dziecko. Twój brat wziął tylko lekarstwa, z nim było lepiej. 
- Ale ...jak? Proszę pani.
- Nie wiem sama, co się stało. Zobacz, kochana, idzie profesor Dicktim. On ci wszystko wyjaśni.
Rzeczywiście, z biura pielęgniarki wyszedł patykowaty nauczyciel. Zauważyłam, że profesor był wyjątkowo zmęczony.
- Dzień dobry, proszę pana. Mogłby mi pan wytłumaczyć, co się stało...
- Na boisku? Tak, oczywiście, panno Potter. To zrozumiałe, że jesteś ciekawa - zaczął swoim suchym, cichym głosem. - Wszystko zaczęło się od tego, jak szukająca Ślizgonów zemdlała. Twój brat też nie czuł się najlepiej. Później szanowna pani dyrektor ewakuowała uczniów, rozmawiając z profesorem Flitwickiem, tobą i twoim rodzeństwem. Posłała po profesora Hagrida i po mnie. Ty źle się poczułaś i zemdlałaś, więc nauczyciel zaklęć przywrócił cię do względnej przytomności. Potem wróciliście do zamku.
- Pan profesor chyba źle mnie zrozumiał. Chciałam spytać się, co się takiego stało, że zemdlałyśmy, ja i ta Ślizgonka. Co to było? Te cienie, panie profesorze?
- Miałem nadzieję, że tego pytania nie zadasz. Otóż, to były... bardzo trudno to wytłumaczyć. Wiesz pewnie z lekcji, że świat dzieli się...
- Na istoty złe, oraz istoty, które mają wybór pomiędzy dwoma stronami - wyrecytowałam. Obrona Przed Czarną Magią była jedną z tych lekcji, które lubiłam.
- Doskonale. To były istoty do cna złe. Dosłownie. Nigdy wcześniej ich nie widziałem ani o nich nie słyszałem, ale bardzo łatwo było zgadnąć. Poinformowałem już odpowiednie osoby, które zajmują się spisywaniem potworów. Miałaś wyjątkowe szczęście, dziecko, ty i druga dziewczynka. To były, najprościej mówiąc, demony, pierwotne zło. Wiesz może, czym są dementorzy?
- Niedokładnie, proszę pana. Wiem tyle, że to strażnicy Azkabanu i że wysysają z ludzi dusze.
- To bardzo podręcznikowe stwierdzenie, prawidłowe, ale podręcznikowe. To coś więcej. Dementorzy to najokropniejsze stworzenia, jakie kiedykolwiek chodziły po tym świecie. Ale nie o tym teraz. Najważniejsze jest to, że po tym, co przedwczoraj zobaczyłem, jestem gotów zmienić zdanie. 
- A może mi profesor przybliżyć, czym mniej-więcej są te demony?
- Dużo poszukiwałem. Odwiedziłem najstarszą magiczną bibliotekę z nadzieją dowiedzenia się czegoś. Coś nie coś znalazłem. Jest pewne, że to stwory pierwotne, czyli pierwsze i najgorsze zło. Demonów kiedyś było wielu. Te, które niedawno nas odwiedziły, nie były aż tak groźne. Nie miały ciała, a więc były bierne. Z tego, co się dowiedziałem, są trzy rodzaje demonów: Duchy, Dusze i Cienie. Jak pewnie się domyślasz, to były Cienie. Z tych wszystkich są one najmniej szkodliwe. Potrafią, czego się przekonałaś, wywołać strach i przerażenie. Są w gruncie rzeczy podobne do dementorów. Ale przez nie człowiek nie straci duszy. Jego serce przepełni się złem, aż w końcu zostanie z niego tylko Cień, w którym zostanie uwięziona jego dusza. Największym problemem jest to, że z nimi nie da się walczyć. Znaczy da się, ale nie tak, jak z dementorami. To bardzo starożytna magia, sposób, w jaki powstały demony. Żyły uwięzione w miejscach, gdzie najwięcej starożytności: piramidach, świątyniach, lasach, górach. Czasem pod ziemią. Zostały stworzone Siłą, i nią muszą być zniszczone. No tak, nie wiesz, co to Siła - westchnął nauczyciel i na chwilkę przerwał swój monolog. - Tak nazywa się magię pierwotną, tą, którą posługiwano się na początku świata. Może wyjaśnie ci i to. Kiedy powstał świat, powstało dobro i zło. Ze styczności tych dwóch przeciwności powstała magia, owa dzisiaj nazywana Siła. Przenikała obie strony, dlatego była największą potęgą. Właśnie ją wykorzystało zło do stworzenia demonów i potworów, i to ją wykorzystało dobro, by zniszczyć te stwory. I tylko Siłą można z nimi walczyć, magia, której uczycie się  w szkole, nie zaszkodzi im na poważnie.
- Dziękuję za wyjaśnienie, panie profesorze. Ale mam jeszcze jedno pytanie. Skoro te.. Cienie można zniszczyć tylko magią pierwotną, to w jaki sposób wróciliśmy do szkoły? 
- Cienie nie były jeszcze w pełni sił. Profesorowi Flitwickowi, jako ponad przeciętnie wykwalifikowanemu czarodziejowi, udało się stworzyć wystarczająco silną tarczę.
- Jeszcze raz dziękuję, proszę pana.
- Nie ma za co, kochana. Należały ci się wyjaśnienia. Mam do ciebie prośbę, dziecko. Kiedy wydobrzejesz, przyjdź do mnie do gabinetu. Muszę jak najwięcej dowiedzieć się o demonach, bo stare papiery nie przekażą tyle, co wyjaśnienia porządnej uczennicy. Obawiam się, że to nie były ostatnie odwiedziny Cieni.
Spłonęłam rumieńcem i obiecałam spełnić prośbę. Ku mojej uldze, Dicktim wyszedł, a pani Pomfrey oddzieliła moje łóżko zasłonkami i nakazała spać. Cieszyłam się, że wszyscy dali mi święty spokój. Zamknęłam oczy i byłam szczęśliwa, co dziwne z bardzo głupiego i błahostkowego powodu. 
Byłam zadowolona, że dziś już nikt nie zwróci się per "kochana".
_________________________________________________________________
_________________________________________________________________
No, gotowe. Przepraszam wszystkich za niepisane tygodniowe opóźnienia. Strasznie mozolnie mi to szło. Napisałam, wyrzuciłam do kosza, napisałam jeszcze raz, wszystko zmieniłam, a efekty są oto przed wami.
Zakładka bohaterów prawie gotowa, co prawda mam jeszcze małe problemy, ale myślę, że niedługo będzie.
Teraz rozdziały będą pojawiały się troszkę rzadziej. Może nie rzadko, ale na wpisy co tydzień niestety nie macie co liczyć :(. Za dużo mam do zrobienia w tym tygodniu - obowiązki gonią - a prócz "Hogwartu" mam jeszcze dwa blogi. 
Jeszcze jedno: pisałam w zakładce po prawej o konkursie, ale może nie wszyscy zaglądają na pasek boczny. Upewniam się i proszę was o głosy. Link i informacje po prawej :). Tylko osiem głosów dzieli nas od zwycięstwa!
Buziaczki i miłego,
A.

P.S. Czy zauważyliście pewną prawidłowość? Ja spostrzegłam, że większość rozdziałów dodaje we wtorki ;). Ale od razu mówię, że to zupełny przypadek.